wtorek, 31 grudnia 2013

01.01.2014

Ach swieta, swieta i po swietach, a nawet i juz po Sylwestrze, ktorego w tym roku obchodzilismy 12 godzin szybciej niz Wy ;)

Z tejze okazji chcielismy wszystkim podziekowac za zyczenia, te swiateczne i te noworoczne jak i za pamiec, jest nam niezmiernie milo :) No i odpowiedziec na ciagle powtarzajace sie i nurtujace wszystkich pytanie: nadal jestesmy w dwupaku.

Dzisiaj juz 01.01.2014 - Nowy Rok. Pewnie dla wiekszosci z Was to taka normalna data, poczatek nowego, kolejnego roku. Niektorzy pewnie juz pracuja nad swoimi noworoczynymi postanowieniami, inni dopiero teraz na szybkiego staraja sie cos wymyslec, a jeszcze inni nie robia nic - poprostu jest to dla nich kolejny normalny dzien ;) Ja sama nie naleze do grupy ludzi robiacych jakies postanowienia noworoczne, bo jezeli cos mi sie nie podoba, staram sie zmienic to odrazu - ale jak to lubi. W kazdym badz razie teraz rowniez zadnych postanowien nie bylo, ale krotkie podsumowanie wlasnie pozegnanego roku.

Rok 2013 byl dla mnie rokiem pelnym wrazen i duzych zmian. Na samym poczatku dwu miesieczna rozlaka z Dominikiem, powrot do rodzicow (na krotki czas, ale bylo ;)), obrona magisterki i wyjazd do Nowej Zelandii, gdzie sama podroz kosztowala mnie chyba wiecej nerwow niz podjecie decyzji o wyjezdzie. Pozniej zaklimatyzowanie sie w nowym kraju, nauka jezyka, nawiazywanie nowych znajomosci, dwie przeprowadzki, no i najwazniejsze i najpiekniejsze wydarzenie minionego roku: zajscie w ciaze!! Mimo calego stresu wokol tych wszystkich spraw, bo nie oszukujmy sie - latwo nie bylo - jestem szczesliwa i zadowolona z tego co udalo nam sie zmajsterkowac i mam nadzieje, ze nowy rok okaze sie rowniez owocny i wyjatkowy. Tego zycze nie tylko nam, ale rowniez i Wam moi drodzy czytelnicy :)

Ale powracajac do dzisiejszej daty, to jest ona dla nas wyjatkowa, bo to wlasnie na dzisiaj zostal obliczony termin porodu Fasolci, ktorej jakos sie do nas nie spieszy... Za dobrze jest dziecku w brzuszku i chyba postanowila zostac tam troszku dluzej. Mam tylko nadzieje, ze nie zbyt dlugo... Do konca dnia jeszcze troche czasu zostalo, ale nie wydaje mi sie zeby to bylo wlasnie dzisiaj, ale kto wie? My czekamy i doczekac sie juz nie mozemy :)

wtorek, 24 grudnia 2013

Wesołych Świąt!!

Kochani,

Życzymy wszystkim zdrowych, pogodnych oraz spokojnych Swiat Bożego Narodzenia. Niech każdy z nas  spędzi ten czas w wymarzony przez siebie sposób i choćby na chwile oderwał sie od codziennego pośpiechu i wszystkich zmartwień!!

Merry Christmas :)
Życzą Kasia, Dominik i Fasolcia (my jeszcze w dwupaku ;))




środa, 18 grudnia 2013

Coraz bliżej święta :)

Cóż za szalony miesiąc! Najpierw był maraton prania i prasowania rzeczy naszego maleństwa, pózniej szybki ale intensywny epizod urodzinowy, a teraz przygotowania do świąt. Dni mijają na pełnych obrotach, a wieczorami padam i juz nie mam siły zeby cos napisać. Ale postanowiłam, ze chociaż jeszcze jeden post przed Wigilia musi byc :)


I tak wczoraj minal nam 38. tydzien ciazy... Czas leci nieublaganie, jeszcze tylko dwa tygodnie do planowego rozwiazania. Z jednej strony bardzo sie ciesze, bo juz nie moge sie doczekac kiedy bede mogla przytulic mojego Kurczaczka, a z drugiej strony zaczynam sie bac... Stresuje mnie ta wielka niewiadoma - co, gdzie, kiedy i jak?? Czy uda mi sie naturalnie urodzic? Ile godzin bedzie to wszystko trwac? No i czy z malutka bedzie wszystko wporzadku?
Cale szczescie Dominik mysli bardziej pozytywnie i caly czas podnosi mnie na duchu :) Jego najwiekszym zmartwieniem jest torba do szpitala - czy oby napewno juz wszystko spakowane; uwzgledniajac batoniki i napoje energetyczne w razie gdyby dopadl go glod ;)

Ostatnio udalo nam sie zwiedzic szpital w ktorym bede rodzic. Widzielismy sale porodowa, pokoj do ktorego zostaje sie przeniesionym po porodzie, lazienki, kuchnie i jadalnie. Jezeli chodzi o standard to jest troche nizszy niz w Niemczech (niestety nie wiem jak teraz wygladaja porodowki w Polsce), ale wszystko co potrzebne jest na miejscu. Przede wszystkim w miare podobala mi sie atmosfera, bo jest jakos tak bardziej domowo - nie tak bialo sterylnie i nie smierdzi tak na szpital ;) a zreszta nie powinnam spedzic tam zbyt wiele czasu. W NZ jest tak, ze swiezo upieczona mama moze sama zadecydowac (jezeli nie ma zadnych komplikacji) czy po porodzie chce zostac w szpitalu - gdzie najczesciej zostaje sie umieszczonym w sali dwu- lub trzyosobowej, wrocic jak najszybciej do domu, albo przeniesc sie do tzw. Birthing Centre. Ja wybralam opcje numer 3 :) a dlaczego? No bo dostane swoj pokoj z lozkiem dwuosobowym, a to oznacza rowniez, ze tatek moze z nami zostac przez caly czas. Nie ma tam lekarzy, ale sa polozne i panie laktacyjne, ktore zawsze sluza pomoca i asystuja przy pierwszych czynnosciach z maluszkiem - kapiel, ubieranie, przebieranie itd. Posilki sa podawane wtedy kiedy mamy na to ochote (dla taty za drobna doplata), a nie tak jak w szpitalu. Poza tym jest rowniez kuchnia, gdzie mozna sobie nawet samemu cos przyrzadzic. Ja pewnie nie bede miala glowy do gotowania, ale Dominik zawsze moze zrobic jakas mala przekaske. Wedlug mojej poloznej i opinii znajomych jest to najlepsza opcja. Oczywiscie moze sie zdazyc, ze akurat nie bedzie miejsca i ze bede musiala pierwsza dobe zostac w szpitalu, ale zdaza sie to niby rzadko.

Podczas ostatniej wizyty u poloznej, na ktora wybralismy sie we dwojke, omawialismy plan rodzenia. Mowilismy miedzy innymi o srodkach znieczulajacych (w razie czego wybralam gaz, ale jezeli trzeba bedzie cos mocniejszego to tez nie mam nic przeciwko), pozycjach porodu, o porodzie w wodzie - taka opcje rowniez biore pod uwage, oraz o calym przebiegu porodu - czyli kto bedzie z nami na sali, rola poloznej i wrazie jakichkolwiek komplikacji kto bedzie wezwany. Dowiedzielismy sie rowniez, ze w NZ nie nacinaja ani nie robia lewatywy.

Wczoraj mialam ostatnie zajecia yogi, nastepne odbywaja sie dopero 8.01. ale mam nadzieje, ze do tego czasu bedziemy juz w trojke :) a co robie calymi dniami? A wiec kochana coreczko (mam nadzieje, ze kiedys to przeczyta i zobaczy jak zesmy sie napracowaly w tym ostatnim miesiacu) najpierw bylo szykowanie Twoich rzeczy, jak i rowniez pranie naszej koldry i narzuty na lozko. Jak to mowi Dominik, gniazdko jest juz swiezutkie, pachnace i czeka na nowego wspolokatora :)
Uszylam pare pierdolek na swieta, torebke dla corci znajomych, bo tak jak ja, ona tez grudniaczek i to nawet z tego samego dnia :) - niestety zapomnialam zrobic zdjecia - upieklam pierwszego w swoim zyciu torta, zrobilam twarog wlasnej produkcji, ktory sie udal! Takze pierwsza tura pierogow ruskich jest juz zamrozona. Zakwasilam buraczki na barszczyk i upieklam mnostwo ciasteczek swiatecznych :) Dominik tylko chodzi i mowi zebym sie polozyla, zebym dala dziecku odpoczac, ale ja nie chce. To, ze mam zajecie, pomaga mi sie zrelaksowac i nie myslec za duzo o tym co bedzie. Nawet polozna mowila, ze w pierwszej fazie porodu (oczywiscie jezeli nie dopadnie mnie w nocy) najlepiej jest piec ciasto, bo wtedy czlowiek skupia sie nad czyms innym :)

A jak sie czujemy? W sumie dobrze. Do kibelka latam juz bardzo czesto, co widac po zuzytym papierze haha. Cale szczescie w nocy wstaje tylko raz. Spie dalej dobrze, bez wiekszych problemow. Czasami zdretwieje mi reka albo biodro i musze zmienic bok, ale tez daje rade. Od trzech dni towarzysza mi bole, przypominajace te menstruacyjne, a jak za duzo chodze boli mnie w pachwinach. Do tego przy takich upalach puchna mi stopy, a w szczegolnisci prawa. No i mam wielka ochote na czekoladowe przekaski i lody! 
Krótka foto-relacja:












poniedziałek, 9 grudnia 2013

Jak to jest z tym samopoczuciem?

Od kiedy moj brzuszek jest widoczny ludzie stali sie wobec mnie bardziej mili. Czy w sklepie na kasie, na ulicy, w restauracji albo przy jakiejs atrakcji turystycznej wszyscy sie do mnie usmiechaja i pytaja o moje samopoczucie, kiedy bede rodzic, chlopiec czy dziewczynka, czy wszystko wporzadku itd. Ostatnio nawet ogladajac rzeczy dla bejbisow, poczulam jak ktos mnie lekko klepie po ramieniu i krzyczy: gratulacje!

Z jednej strony to bardzo mile i nawet stwierdzlismy z Dominikiem, ze taki brzuszek moglibysmy sobie zalatwic juz tak na stale ;) Oczywiscie zawsze z wdziecznoscia i usmiechem na twarzy odpowiadam, ze wszystko dobrze, ze czuje sie bardzo dobrze itd. Z drugiej strony czasami to takie sztuczne - bo nie bede przeciez obcym ludziom opowiadac o moich dolegliwosciach!? Po co? Co to kogo tak naprawde interesuje?

Te przerozne pytania o moj stan doprowadzily do tego, ze sama zaczelam sie zastanawiac jak naprawde znosze ciaze? A do jakich doszlam wnioskow? Tylko tych najlepszych ;P no chyba nie moge narzekac zwlaszcza jezeli chodzi o pierwszy trymestr, bo te najwieksze nieprzyjemnosci zostaly mi zaoszedzone. Oczywiscie mialam mdlosci, odrzucilo mnie od paru rzeczy, bylam senna, ale jadlam i tylam od samego poczatku.
W drugim trymestrze pokazala sie moja przepuklina (chociaz do tej pory nie jestem pewna czy to napewno to), pare nieprzyjemnych zyl oraz popekane naczynka krwionosne - wszystko na prawej nodze. Od kiedy jeden zylak zaczal dawac sie bolesnie we znaki, dostalam od lekarza taka opaske uciskowa na noge, ktora nosze codziennie i musze powiedziec, ze naprawde pomoglo. Zylak juz nie boli, a i te inne sa mniej widoczne.
Jakos w miedzy czasie dostalam rowniez uczelanie na kolczyki. Wszystkie, ktore do tej pory nosilam bez problemu, teraz powoduja, ze puchna mi uszy.
Mialam rowniez problemy z plecami i miednica - straszne bole, czasami nawet lzy stawaly w oczach. Dostalam pas na brzuszek, plastry na plecy, pare cwiczen no i pomoglo :)
Teraz juz na sam kociec ciazy, znowu meczy mnie cos nowego, a mianowicie dretwienie rak... Przynajmniej raz w nocy budze sie, bo tak mi dretwieja rece. W ciagu dnia czuje mrowienie przede wszystkim w prawej dloni, a tak dokladniej to w palcu serdecznym i srodkowym. W ciazy przy takich dretwieniach mowi sie o zespole cieni nadgarstka. Tego typu dolegliwosci wystepuja u wielu kobiet przewaznie w drugiej polowie ciazy, czego jedna z przyczyn jest ucisknie na nerw poprzez zatrzymanie wody w organizmie - uf nie jestem jedyna. Przy tych dolegliwosciach polecana jest opaska podtrzymujaca nadgarstek i wlasnie cos takiego planuje sobie kupic, dla zainteresowanych krotki artykul na ten temat.

Podsumowujac to wszystko, chyba az tak zle ze mna nie jest ;) nie musialam lezec, ciaza nie byla zagrozona, moglismy podrozowac, dlugo jezdzilam na rowerze, chodzilam na saune, basen, teraz chodze na yoge. Poza tym glowe mam pelna pomyslow, a czasu coraz mniej ;) juz nie moge sie doczekac kiedy bede mogla przytulic swoja malutka coreczke! Dominik zreszta tez, codziennie rozmawia z mala i pyta sie jak dlugo jeszcze bedzie siedziec w brzuszku :) aj zeby tylko wszystko bylo dobrze i zeby malutka byla cala i zdrowa! Czekamy z niecierpliwoscia!

niedziela, 1 grudnia 2013

Wielkie pranie czesc pierwsza

Ach jakos sobie nie radze z tym blogiem :/ napisalam post na temat wyprawki, dla ktorego zrobilam osobna strone, ale jakos mi sie to nie pokazuje tak jak bym chciala... No nic wszystkich chetnych do poczytania zapraszam TUTAJ.

Dziejszy dzien minal mi na sortowaniu ciuszkow, obcinaniu metek, przekladaniu naszych ciuchow tak, zeby sie pomiescic (przede wszystkim musialam znalesc miejsce dla swoich ciuchow sprzed ciazy, bo tylko zajmuja miejsce w szafie, a i tak przez jakis czas ich nie ubiore) oraz praniu bialych rzeczy Fasolci. Z checia wypralabym jescze wiecej, zeby miec to juz z glowy, ale brakuje mi sznurkow ;)



A kiedy wieszalam pranie zauwazylam, ze nasze drzewko zaczyna kwitnac :) W sumie myslelismy, ze bedzie kwitnac w okresie swiatecznym i bedzie to taka nasza gwiazda betlejemska, ale pierwsze kwiatki juz sie otwieraja. Mam nadzieje, ze wytrzymaja do swiat ;) Drzewko jest narazie malusienkie, wiec nie spodziewamy sie owocow w tym roku, ale jak juz odpowiednio urosnie to bedziemy miec swoje Feijoa. Owoce bardzo smaczne, ktore sie je tak jak kiwi, czyli najlepiej lyzka.


czwartek, 28 listopada 2013

35 tydzien

Uf jak duszno, od wczoraj mamy zwariowaną pogodę. Jest ciepło i swieci slonce, a nagle niewiadomo kiedy i skąd nadciągnie chmura, zawieje, lunie i znowu wyjdzie slonce... Przy takiej pogodzie szaleje moje samopoczucie. Raz jest dobrze, a za chwile robi mi sie słabo jestem bardzo senna i muszę sie położyć. Wczoraj nawet nie chciało mi sie nic gotować, no ale trzeba było cos zjeść ;) a na poprawienie humoru postanowiłam nawet cos upiec. Zachciało mi sie drożdżówek z truskawkami, a wiec poszukalam przepis i zabrałam sie do pracy. Niestety wczoraj nawet ciasto było leniwe i wyrastanie zajęło tyle czasu, ze pierwsza drożdżówkę zjadlam dopiero dzisiaj po śniadaniu. Ale warto było czekać - wyszły przepyszne :D ale ze mnie samochwala - wybaczcie mi, ale naprawdę sie cieszę kiedy mi cos wyjdzie :) a ze nie mogę was poczęstować, wstawiam zdjęcie:


Dodam tylko, ze zanim zaszlam w ciąże nie specjalnie ciągnęło mnie do pieczenia, moze raz na ruski rok cos sie upiekło, ale teraz to co chwile cos kombinuje, a najważniejsze ze sprawia mi to tyle frajdy :) i to wszystko dzięki mojej Fasolci :*

A co tak poza tym u nas? Powiedzialabym, ze wszystko dobrze. Brzuszek rośnie, mała daje o sobie znac, a my juz nie możemy sie doczekać kiedy będziemy mogli ja przytulić!! W tym tygodniu byłam u położnej i znowu słyszałam bicie serduszka. Mała leży główka w dół i wazy ok 2300g. Mamie oczywiscie tez sie przytylo ;) obwód brzuszka to 98 cm. Śpię jeszcze dobrze, chociaż dzisiaj w nocy najpierw nie mogłam usnąć, a pózniej obudził mnie bol miednicy i nogi na której lezalam, wiec postanowiłam obrucic sie na druga stronę, co okazało sie nie lada wyczynem! 

Żylaki sa nadal, ale tylko na prawej nodze. Położna cały czas mnie pociesza, ze miała pacjentki z większymi i po porodzie zawsze schodziły... Jakoś od niedzieli zaczął pobolewac mnie jeden żylak w zgieciu kolana, wiec poszłam z tym do lekarza. Dostałam taki bandaż uciskowy, ktory mam nosić przez cały dzień i maść, której nie używam, bo jak Dominik zaczął czytać na temat tej maści, jej skutków ubocznych itd to stwierdziliśmy, ze lepiej czegoś takiego nie stosować. Mam tylko nadzieje, ze nie dostanę żadnego zapalenia...

Wczoraj były kolejne zajęcia w szkole rodzenia, na których rozmawialiśmy o karmieniu piersią, rożnych stowarzyszeniach oferujących pomoc rodzinie - nawet nie spodziewałam sie, ze tutaj tyle tego jest - oraz o pomocy najbliższych w pierwszym czasie po porodzie. Najbardziej podobało mi sie, kiedy położna zrobiła z przyszłymi tatusiami pewne zadanie, które miało na celu uświadomienie im ile czasu kobieta na co musi poświecić i jak ważna jest ich pomoc. To ze mama śpi i odpoczywa kiedy śpi dzidzius to nie dlatego, ze jest leniwa, tylko ze wtedy właśnie moze a i musi, zeby mieć sile na pozostałe rzeczy, m.in. seks ;) a wiec tatusiowie jeżeli na cos liczycie to im wiecej pomożecie tym większe prawdopodobieństwo, ze i na cos sie zalapiecie!! To sa słowa położnej prowadzącej ten kurs ;) jak juz pisałam, śmieszna z niej kobitka.

Życzę miłego weekendu :)

poniedziałek, 25 listopada 2013

Jedziemy na wycieczke - bierzemy misia w teczke :)

I tak wlasnie bylo u nas w poniedzialek. Spakowalismy walizki i wyruszylismy w droge.

Jak juz pisalam w piatek, przyjechal do nas brat Dominika. Na lotnisku - radosc ogromna, a w domu powtorka z imprezy, bo wraz z bratem przylecialy oczywiscie prezenty :D dostalismy rzeczy nawet z Polski!! Jeszcze raz dziekujemy wszystkim Mikolaja :* nawet na Boze Narodzenie tylu prezentow bym sie nie spodziewala! Oczywiscie najbardziej obdarowana zostala Nasza Fasolcia - wujek przywiozl az 15 kg rzeczy dla niemowlaka :) dobrze, ze nie musial otwierac torby przy kontroli ;)

Na weekend zostalismy jeszcze w domu i w sobote pokazalismy naszemu gosciowi Auckland, a w niedziele chlopaki pojechali juz sami na wedrowke po buszu. Ja zostalam w domu i odpoczywalam po sobotniej akcji w miescie. Sily mam juz coraz mniej na takie sprawy. Fasolcia rosnie, brzuszek mam coraz wiekszy do tego lato zaczelo sie pelna para, a wiec jest mi coraz ciezej sie ruszac. Z jednej strony ciesze sie, ze jestem w ciazy teraz, bo na sama mysl o tym, ze codziennie mialabym ubierac skarpety i pare warstw ubran, robi mi sie ciezko. Ale z drugiej strony, te upaly tez nie sa zbyt przyjemne. I tak juz od dluzszego czasu poruszam sie wolniej i mniej zdaze zrobic, ale teraz to juz przeszlam na zolwie tempo ;) A co bedzie z porzadkami, ktore mam zaplanowane jeszcze przed porodem?

Z okazji przyjazdu brata, Dominik wzial tydzien wolnego. Oczywiscie nie chcielismy siedziec przez ten czas w domu, tylko postanowilismy razem ruszyc w droge i zrobic sobie jeszcze taki krotki urlop. Chetnych do poczytania o samej wyprawie zapraszam tutaj. W tym poscie chcialam napisac bardziej o tym, jak wygladala sama podroz z perspektywy kobiety w ciazy.
W sumie zrobilismy ok 1300 km... Bylismy codziennie w drodze i prawie codziennie mielismy gdzie indziej nocleg, miedzy innymi rowniez na placach kempingowych, ale nie w samochodzie (dla tych niewtajemniczonych mamy w aucie lozko dla dwoch osob) czy w namiocie, tylko w takich kabinach, bo bylismy w trojke. Jako ze musze raz w nocy wstac na toalete, najwygodniejsze byly dla mnie kabiny z wlasna lazienka :) Poza tym nie mialam na co marudzic. Po calym dniu wrazen, wieczorami bylam tak padnieta, ze zasypialam bez wiekszych problemow. W czasie samej jazdy czasami bylo ciezko wysiedziec dluzej niz dwie godziny, bo corcia zaczynala sie wiercic, kopac i uciskac na pecherz, a wiec robilismy sporo przystankow. To zreszta wszystkim odpowiadalo, bo byl czas na zdjecia. Siedziec bylo mi najwygodniej w pozycji jak najbardziej prostej i oczywiscie na boso :) do tego mialam podusie, ktora co chwile gdzie indziej sobie podkladalam.
Przez wiekszosc czasu staralam sie oszczedzac i nie chodzic za duzo. Kiedy tylko moglam wyciaglam nogi do gory i odpoczywalam. W srode chlopaki wybrali sie na calodzienna wedrowke po wulkanie, a ja zostalam w motelu i poza malymi zakupami - leniuchowalam. Musze powiedziec, ze ten jeden dzien odpoczynku bardzo dobrze mi zrobil. W czwartek bylam znowu pelna sily i checi do dalszej podrozy. Sniadania i kolacje, lub obiado-kolacje robilismy przewaznie sami, ale posilkow na miescie nie dalo sie ominac. Oczywiscie chlopaki mogliby codziennie jesc burgery ;) ale trzeba bylo tez zjesc cos zdrowego. Niestety nie zawsze bylo latwo znalesc cos odpowiedniego dla mnie, ale jakos dalismy rade.

Wrocilismy w sobote w nocy. I to w sumie byl najdluzszy odcinek jaki zrobilismy przez caly tydzien. Niestety ale odczulam to pozniej w kosciach ;) do tego po raz pierwszy napuchly mi stopy. Nawet nic nie czulam, dopiero pod prysznicem zauwazylam, ze wygladam jak muminek. Cale szczescie opuchlizny na drugi dzien juz nie bylo.

Co dobre szybko sie konczy i tak tez minal czas naszego urlopu. Mimo zmeczenia fizycznego odpoczelismy psychicznie i teraz powracamy pelni energii do zycia codziennego. Przed nami ostateczne kompletownie wyprawki i szykowanie kacika dla naszej corci :)





czwartek, 14 listopada 2013

W oczekiwaniu...

Dzisiaj będzie o wszystkim po trochu. Trochę tematów sie nazbieralo, a czasu jak zwykle brak... 
Moze zacznę od tego, ze dzisiaj oczekujemy naszego pierwszego goscia z Europy :) przylatuje do nas w odwiedziny wujek Fasolci. Oczywiscie bardzo sie cieszymy i czekamy z niecierpliwością kiedy wybije ta 23. 
To oznacza rownież, ze dzisiejszy dzień minął strasznie szybko i na pełnych obrotach. Pranie, sprzątanie, gotowanie, pieczenie i zakupy... Jeszcze nie jestem do końca gotowa, ale potrzebuje krotka przerwę, a jedyna rzecz, która na dłużej zatrzyma mnie na sofie będzie napisanie nowego postu :) 
Dokładnie w środę zaczęliśmy 33 tydzien ciazy - jasna anielka znowu nie wiem kiedy to minęło! Czujemy sie dobrze. Ruchy naszego kurczaczka sa intensywniejsze ale tez wydają mi sie takie spokojniejsze i jakby takie dłuższe w czasie. Oczywiscie od czasu do czasu sprzeda mamie takiego nieprzyjemnego kuksanca, no ale cóż biedne dziecko nie ma juz za dużo miejsca. Przeważnie czujemy ja po prawej stronie, bo leży tak, ze główkę ma w dole, plecki po lewej stronie, dupcie na górze, a nóżki i rączki skierowane sa na prawa stronę. Taki zawiniety kochany rogalik :) w czwartek mieliśmy okazje zobaczyć to na własne oczy, bo byliśmy na kolejnym i w sumie juz ostatnim usg. Dowiedzieliśmy sie rownież, ze wszystko jest w porządku, niunia rośnie w normie, pozycje tez ma bardzo dobra. Wogole widzieliśmy jej buzie!! Nosek i usteczka!! To dopiero było słodkie :) wogole miała przez chwile otwarte usta - ach juz sie nie mogę doczekać, kiedy bede mogła ja wycalowac i złapać za ten maleńki nosek :)
Śpię nadal dobrze, ale juz jakoś od tygodnia budze sie raz w nocy, bo muszę pójść do toalety. Poza tym przesypiam spokojnie cała noc, z zasnieciem tez nie mam problemu.

W środę odbyły sie kolejne zajęcia w szkole rodzenia. Tym razem wybraliśmy sie razem :) położna opowiadała o porodzie, rożnych znieczuleniach i trochę o tym co moze sie stać, ale za dużo nie chciała nas straszyć. Dostaliśmy tez sporo materiału do poczytania, a na przerwie zajadalismy sie ciachem przyniesionym przez jedna z mam.

No dobra koniec tego dobrego, uciekam znowu do garów. Życzę wszystkim udanego weekendu!! 

P.S. A tak mi wyszedł ostatni chlebek :)


niedziela, 10 listopada 2013

HandMade - kocyki

Majsterkowanie czy to w kuchni, w garazu czy przy maszynie sprawia mi wiele przyjemnosci. Uwielbiam znalesc cos starego i zrobic z tego cos nowego - to akurat odziedziczylam w genach po mamie. Latanie po targach i sklepach z rupieciami, a zwlaszcza z takimi uzywanymi, sprawiaja mi od jakiegosc czasu wiecej frajdy niz zakupy w normalnych sklepach. Powod - banalny: codziennie inny towar, a radosc ze znalezienia jakiegos skarbu - ogromna. Samo szukanie jest wielka przygoda, ktora potrafi byc czasochlonna.

Przewaznie wpadam do takich miejsc tak zupelnie przypadkiem, tylko zobaczyc co maja i nagle cos fajnego sie trafi. Kiedy mieszkalam w Niemczech czy Szwajcarii ze wzgledu na prace i studia nie mialam zbyt duzo czasu na takie rzeczy. Czasami udalo mi sie pojsc z mama na targ, albo znalazlo sie cos fajnego na wystawce czy tez poprostu mama cos znalazla. Tym sposobem mielismy w domu orginalne - niepowtarzalne krzesla, komody itd. Nawet udalo mi sie przekonac do tego mojego Dominika :) potem zainwestowalam w maszyne do szycia i zaczelam szyc poszwy na poduszki i rozne ozdoby.

Od kiedy zyjemy w Auckland i jestem w ciazy zaczelam myslec o tym co moge sama wykombinowac dla Naszej Fasolci. Przegladajac sklepy internetowe i blogi mam wpadly mi w oko niektore rzeczy i tym sposobem zasiadlam znowu do maszyny.

A oto co udalo mi sie uszyc:


Dwa rozki i organizer do lozeczka/ kolyski.


Troche cieplejszy dwustronny kocyk.

W planie oczywiscie mam jeszcze pare innych rzeczy, ale zobaczymy jak to wyjdzie z czasem :)

czwartek, 7 listopada 2013

Szkola rodzenia

Oj pogoda nas jakos nie rozpieszcza. Za oknem szaro i pada. Cale szczescie udalo mi sie jakos zebrac sily i posprzatac w domu. Teraz czas na odpoczynek - kanapa, nogi w gorze, woda z mieta i ciasto z truskawkami, ktore wczoraj upieklam :)

Za nami juz prawie kolejny tydzien, ktory minal strasznie szybko. Mimo tego, ze juz od jakiegos czasu zwolnilam tempo i staram sie wiecej odpoczywac - czas jakos nie chce zwolnic ze mna ;)

Chociaz jak sobie tak pomysle co robilam w tym tygodniu, to jednak bylam troche zabiegana. W poniedzialek zrobilam duze zakupy, dwa prania i sterte prasowania, we wtorek bylam u poloznej, w srode wybralam sie na yoge, w czwartek byly pierwsze zajecia w szkole rodzenia, a dzisiaj jak to w kazdy piatek sprzatalam w domu. O gotowaniu, pieczeniu i sprzataniu po tych przyjemnosciach nawet nie wspominam - kazda z nas dobrze wie o czym mowie ;) Aa no i jeszcze psocilam cos na maszynie i zaniedlugo pokaze wam wyniki mojej pracy. Cale szczescie idziemy dzisiaj wieczorem na basen to sie troche odpreze.

U poloznej tak jak to u poloznej bylo troche gadania, troche badan. Zostalam zwazona no i musze powiedziec, ze przekroczylam kolejna 10-tke... waze juz 60 kg, a wczesniej nigdy nie wazylam nawet 50... No nic maly grubasek ze mnie, ale moge to sobie wybaczyc, wkoncu nosze drugie serduszko w brzuszku, ktore tez mialam okazje posluchac i przy okazji sie wzruszyc :) Poza tym Steffi powiedziala, ze ze swoja waga jestem calkowicie w normie - coz za ulga. Spadl mi poziom zelaza we krwi, wiec dostalam tabletki. No od teraz bedziemy sie widywaly juz nie co cztery, ale co dwa tygodnie.

Jeszcze zanim planowalismy dzidziusia, postanowilam, ze jak zajde w ciaze to zapisze sie do szkoly rodzenia. I tak tez zrobilam, chociaz na poczatku obawialam sie jak to bedzie ze wzgledu na jezyk, ale postanowilam zaryzykowac. W Nowej Zelandii takie kursy sa zazwyczaj darmowe tzn refundowane przez fundusz zdrowia, co oznacza, ze ilosc miejsc jest ograniczona, wiec trzeba odpowiednio wczesniej o tym pomyslec i sie zapisac. Oczywiscie sa tez prywatne zajecia tego typu, ale mysle ze przy dziecku jest tyle wydatkow, ze ten akurat mozna sobie zaoszczedzic i skorzystac z tego co oferuje panstwo. Dlatego tez zaczelam odpowiednio wczesnie czegos szukac i nas zapisalam. Zajecia odbywaja sie co czwartek od 19 do 21.
Wczoraj byly pierwsze i niestety musialam isc na nie sama... Dominika dopadla migrena... Biedak cierpial strasznie, wiec co mialam zrobic? Z jednej strony nie chcialam go zostawic samego, ale on sie uparl, ze i tak mu nie pomoge, wiec powinnam isc - dla Fasolci. A wiec poszlam. 12 par i Kasia sama, mialam wrazenie, ze wszyscy sie na mnie patrza ze wspolczuciem haha. Na poczatku kazdy mial powiedziec pare slow o sobie, a potem w grupach wypisywalismy pytania, ktore dotycza ciazy, porodu i dziecka. Pozniej polozna, ktore te zajecia prowadzi, zaczela na nie odpowiadac i oczywiscie dopowiadac swoje rzeczy. Musze powiedziec, ze trafilam na super babke. Kobitka jest konkretna, nie zanudza, nie prowadzi wykladu, nikogo do niczego nie zmusza, ale sama z humorem tak opowiada, ze nie wiadomo kiedy czas mija i tym tez wciaga innych do rozmowy, a przede wszystkim przyszlych tatusiow, bo w sumie to oni zadawali najwiecej pytan ;). Oczywiscie niektorzy sobie moga myslec, ze przeciez ona i tak nic nowego nie powie niz to co jest napisane w ksiazkach, a wiec po co tracic czas? I troche jest w tym racji, ale jak dla mnie bylo milo posluchac. To jest jednak roznica, jak sie slucha kogos z doswiadczeniem i mam tutaj na mysli takie zawodowe, a nie takie matczyne ;)
Przede wszystkim duzo kobiet nie tylko tyle, ze sie boi, ale rowniez krepuje (wstydzi) sie porodu - malo sie o tym mowi, ale niestety tak jest. No bo przeciez moze zle sie ogolilam w kroku, albo nie daj Boze wogole nie zdazylam!! A co bedzie jak puszcze baka albo zrobie kupe??? I rowniez o takich rzeczach byla wczoraj mowa - tego nie znalazlam w zadnej ksiazce do tej pory, ale moze jeszcze za malo czytalam na temat samego porodu. Musze sie przyznac, ze ten temat jakos odkladam. No niestety, ale lekki stresik jest na sama mysl ;)

Nie zaluje, ze nas zapisalam i jestem pewna, ze Dominikowi tez sie to spodoba. Juz nie moge sie doczekac nastepnych zajec :)

Pozdrawiam i zycze udanego weekendu!

P.S. Znowu wyszlo sloneczkko!! Siadam do maszyny!

czwartek, 31 października 2013

Wyginam smialo cialo - yoga

Wkoncu wybralam sie na yoge dla kobiet w ciazy :) juz kiedys o moich planach pisalam, ale jakos zawsze znalazla sie jakas wymowka i Kacha zamiast cwiczyc robila cos innego. No ale koniec z tym leniuchowaniem wkoncu nie zostalo mi duzo czasu, a trzeba sie jeszcze nauczyc prawidlowego oddechu ;)

We wtorek usiadlam przed komputerem i cos znalazlam, a w srode bylam juz na pierwszych zajeciach. W grupie razem ze mna jest dwanascie ciezarowek :) jedna nawet miala na ten dzien wyznaczona date porodu, ale jeszcze nic sie nie dzialo, wiec postanowila sie jeszcze zrelaksowac. Sa jeszcze dwie kobitki ok 35 tygodnia ciazy, a reszta tak miedzy 20-25 tygodniem. Zajecia odbywaja sie raz w tygodniu i trwaja 1,5 godz. Nie jest to zadna prywatna szkola yogi, bo zajecia w takich osrodkach sa dwa razy drozsze, tylko cos w rodzaju prywatnych lekcji, ktore odbywaja sie na sali udostepnionej nauczycielce przez stowarzyszenie MAMA Maternity. Owo stowarzyszenie - dla zaintersowanych mam z NW - oferuje rowniez inne uslugi m.in. masaze, terapie, pomoc dla mlodych rodzicow, prowadza rowniez Baby Shop oraz Szkole Rodzenia, na ktora tez sie wybieramy :) juz w przyszly czwartek mamy pierwsze zajecia - nie moge sie doczekac :)

Babka, ktora prowadzi yoge jest bardzo fajna. Jak na pierwszy raz poszlo mi raczej dobrze, ale najgorszy problem mialam z wczuciem sie w ten klimat... Tzn troche mnie to bawilo, kiedy babka kaze zamknac oczy, wylaczyc wszystkie mysli, skupic sie na dzidziusiu i utrzymac z nim kontakt, albo sluchac dziecka i swojego wnetrza ;) do takiego czegos przydalby sie jakis dobry drink haha ;) no nic moze na nastepnych zajeciach pojdzie mi lepiej. W kazdym badz razie juz teraz moge stwierdzic, ze to naprawde super sprawa. Pozwala sie zrelaksowac i zapomniec na chwile o tym co komu chodzi po glowie (jezeli oczywiscie nie ma sie za duzych brechtow ;) A wiec wszystkim - nie tylko mamusia, ale rowniez tym co na codzien maja duzo stresu - goraco polecam.

A co robila Fasolcia na zajeciach? Od czasu do czasu kopala, a na koniec kiedy mama polzyla sie wygodnie na boku na poduszkach, zostala przykryta kocykiem i miala sie znowu "odlaczyc" Niunia zaczela szalec! I to tak pozadnie, ze przez chwile wogole nie moglam sie skupic na tym co babka mowi! A tak mi sie chcialo smiac, ze masakra - chyba dziecko mi sie odwdzieczylo za te moje wygibasy ;)

wtorek, 29 października 2013

Chwilowa niedyspozycja

Wczoraj był dzień leniuchowania ;) muszę powiedziec, ze nawet fajnie było tak przez cały dzień leżeć sobie w łóżku i nie myśleć o zakupach, obiedzie i co jeszcze można byłoby zrobic. Chociaz chleb i tak upiekłam. No i niestety, ale moje leniuchowanie nie było tak bez przyczyny... Pierwszy raz juz w nocy obudził mnie bol brzucha, ale obrocilam sie na drugi bok i udało mi sie znowu zasnąć. Za to nad ranem bol sie nasilil i był bardzo nieprzyjemny, a kiedy pogonilo mnie na toaletę, nie miałam wątpliwości - rozwolnienie... Sprawa bardzo nieprzyjemna, a zwłaszcza w ciazy, bo dzień głodówki nie był fajny, kiedy to w myśli zjadloby sie wszystko, a na talerzu tylko krakersy, banan i gorzka czekolada...

Ale przetrwalysmy i dzisiaj jest juz dobrze :) no i muszę sie przyznać, ale wieczorem nie wytrzymalam i zjadalam mała porcje rosołu z kurczakiem ;) czy to był jakiś wirus to nie wiem, ale chyba za szybko przeszło, jak na cos powazniejszego. Może zaszkodziła mi ryba smażona, która jedliśmy wieczór wcześniej, albo jak czytałam kobiety w ciazy maja czasami rozwolnienie, które moze byc spowodowane chociażby przez stres. Zalecany jest wtedy odpoczynek. Czego sobie nie odmowilam (a zwłaszcza po aktywnym weekendzie), do tego zafundowałam sobie jeszcze mała dietę no i przeszło.

Wracając do stresu to wiecie, ze dzisiaj stuknął Nam 31. tydzien ciazy??? Masakra!! Według planu Nasza Fasolcia będzie z nami juz za 9 tygodni! Z jednej strony wprost nie możemy sie doczekać, z drugiej strony trochę sie boje... Ale damy radę! Juz od jakiegos czasu codziennie sobie to powtarzam ;)
A co mogę powiedziec o sobie na dzień dzisiejszy?:
- zakładanie skarpetek sprawia mi coraz wiecej trudności, czasami dysze jak lokomotywa - całe szczęście nadchodzi lato i nie musze ubierać ich codziennie ;)
- golenie nóg tez juz nie jest takie łatwe, a zwłaszcza ze mamy tylko prysznic, więc muszę sobie wkoncu wykombinowac jakiś stoleczek, zeby moc wyżej położyć nogę 
- nie wspomnę juz o obcinaniu paznokci u nóg... Chociaż ostatnio poszłam do kosmetyczki, bo Dominik stwierdził, ze za mocno gniote Fasolke ;)
- dłuższe siedzenie na krześle albo stanie sprawia bol miednicy i oczywiscie nóg 
- zylaki na prawej nodze trochę sie powiększyły, co moje kochane kobitki - siostra z mama oczywiscie zaraz zauważyły ;) a ja miałam jeszcze taka mini nadzieje, ze jednak nie sa aż tak widoczne :P
- zachcianki, zachcianki i jeszcze raz zachcianki :) ostatnio na słodycze i to takie typu czekolada, czego wcześniej nie jadalam często i ciasta. No i oczywiscie lody!!
- Fasolcia daje o sobie znac o każdej porze dnia, a wieczorami bawi sie z tata - raz sprzedaje mu kopniaki, raz sie bawi w chowanego albo na zmianę sie zaczepiają ;)
- obwód brzuszka: 92 cm
- waga: bede wiedziała w przyszłym tygodniu, po wizycie u położnej 

środa, 23 października 2013

Sa wyniki :)

Nie mam cukrzycy - jupi!!
Dziekuje wszystkim trzymajacym za nas kciuki :) Fjuu coz za ulga! A jak sie ciesze...

Dzisiaj natomiast bylismy w klinice u fizjoterapeutki. Jeszcze niedawno sie denerwowalam, ze to wszystko tak dlugo trwa, ze juz nie wiem ktory tydzien czekam na termin i ze pewnie zdaze urodzic zanim sie gdziekolwiek dostane, az tu nagle wczoraj dostalam telefon, ze dzisiaj z samego rana maja wolne miejsce, na ktore moglabym wskoczyc. Tak tez zrobilam.

Po wysluchaniu moich problemow z plecami i przepuklina przeszlismy do czesci praktycznej. Pani obejrzala moje plecki, stwierdzila, ze z kregoslupem jest wszystko wporzadku, a te bolace miejsca to poprostu miesnie, ktore mi fajnie wymasowala. Ten najbardziej bolacy punkt, zostal porzadnie wygnieciony i pokazany Dominikowi, zeby wiedzial jak moze mi pomoc :) Poza tym przykleila mi plaster, ktory po trzech dniach mamy wymienic na nowy i dala taki szeroki pas na brzuch, ktory pomaga zlagodzic parcie cisnienia. Tzn pas podtrzymuje mi miesnie oraz powoduje mniejszy nacisk na przepukline, ale tak ze nie uciska Kurczaczka i w sumie rosnie razem z brzuszkiem - takie czary mary ;)

Na koniec pokazala mi pare cwiczen dla ciezarowek na dolne miesnie brzucha, miesnie dna macicy (akurat cwiczenia na te miesnie wykonuje juz od jakiegos czasu) oraz miesnie plecow.
Waznym cwiczeniem na dolne miesnie brzucha jest tak zwane hug-your-baby exercise. Polega ono na wciagnieciu miesni brzucha podczas wydechu i utrzymaniu tej pozycji w czasie dalszego normalnego oddychania. Po mniej wiecej 10 sekundach podczas kolejnego wdechu wracamy brzuszkiem do pozycji wyjsciowej. Cwiczenie najlepiej wykonywac w pozycji siedzacej lub na stojaca z prostymi plecami i zrelaksowanymi lopatkami.
Miesnie dna macicy cwiczy sie poprzez sciaganie i sciskanie miesni wokol odbytu i pochwy (tak jakby powstrzymywalo sie strumien moczu). Mocno zacisniete miesnie utrzymujemy w tej pozycji liczac do 8. Po tym czasie rozluzniamy je. Po krotkim odpczynku cwiczenie powtarzamy po 8-12 razy. W czasie wykonywania cwiczen nie zapominajmy o normalnym oddechu, nie zaciskaniu posladkow i zachowaniu rozluznionych ud.
Na pilce do gimnastyki dobrze jest wykonywac kolka, osemki, ruchy przod-tyl, jak i lewo-prawo oraz podnoszenie na przemian nog utrzymujac rownowage.
Dla zaintersowanych tematem podaje link z filmem jak dbac o plecy w trakcie ciazy :)

niedziela, 20 października 2013

Jaki smoczek?

"Jasna anielka!" - moja pierwsza myśl przed regalem ze smoczkami... W ramach kompletowania wyprawki postanowiłam kupić smoczek dla naszego Smyka. Najpierw długo sie zastanawiałam czy wogole zakupić taki wynalazek, a teraz kiedy sie zdecydowałam to dostałam zawrotu głowy kiedy zobaczyłam ile rożnych smoczkow jest dostępnych! Po chwili oglądania wyszłam ze sklepu bez niczego... Stwierdziłam, ze muszę sie tej sprawie bliżej przyjrzeć, bo skoro jest ich tyle to pewnie niektóre z nich należą do tych lepszych inne do tych gorszych - włączyła sie we mnie niemieckia potrzeba porównania dostępnych produktów ;) Mimo tego, ze postanowiłam kupić dwie sztuki tylko tak na wszelki wypadek, musi byc to zakup dobrze przemyslany ;)

Tak, narazie tylko tak na wszelki wypadek, bo przecież wady używania smoczka znane sa nie od dziś i postaramy sie smoka nie uzywac, ale jest i druga - pozytywna strona tej sprawy... Wiadomo przecież, ze dzieci rodzą sie z naturalna potrzeba ssania. Ta czynnosc nie tylko dostarcza maluchom pokarm, ale jest dla nich ogromna przyjemnością, która uspokaja, wycisza - zaspokaja potrzeby emocjonalne. I tak jak każdy maluch rozwija sie w swoim tempie i na swój sposób, tak samo indywidualnie podchodzi do smoczka. Niektórym dzieciom w zupełności wystarczy ssanie maminej piersi podczas karmienia, inne natomiast nie radza sobie tak latwo z gorszym nastrojem i mogłyby ssac godzinami... Nic tak nie uspokaja maluszkow jak odruch ssania, no ale przeciez nie moze byc tak, ze maluszek bedzie przez caly dzien wisial przy piersi mamy. Z tego oto powodu wielu rodziców decyduje sie na smoczek. Jeśli przy jego użytkowaniu będzie sie przestrzegalo paru zasad, nie powinien on stanowić zagrożenia dla dziecka. A ze nie wiemy jak to będzie z naszym Kurczakiem, stwierdziliśmy ze tak na wszelki wypadek kupimy dwa smoczki. Wydatek nie jest jakiś wielki, a w razie potrzeby wszystko będzie na miejscu i nie trzeba będzie lecieć do sklepu. No chyba, ze zaden z zakupionych smoczkow nie bedzie Niuni odpowiadal...

No dobrze, ale jaki smoczek wybrać? 

Idealnie jest kiedy smoczek przypomina swoim kształtem brodawke mamy wraz z otoczką, a podczas ssania utrzymuje jezyk w naturalnej pozycji. Dlatego tez smoczek powinnien byc plaski od strony jezyka i lekko wypukly od podniebienia. Dobrze wyprofilowane smoczki nie powoduja wad zgryzu tak czesto jak ssanie kciuka, a i odzwyczajenie przebiega latwiej, bo smoczek mozna dziecku zabrac, kciuka natomiast nie ;) Smoczek powinien miec rowniez odpowiedni rozmiar do wieku dziecka, a srednica plastikowej tarczki powinna miec co najmniej 3,5-4 cm z kilkoma otworkami odpowietrzajacymi.

Na rynku dostępne sa dwa rodzaje smoczkow: kauczukowe i silikonowe (to wcale nie tak dużo, jak sie wydaje, kiedy stoi sie przed regalem z tymi cackami):

Smoczki kauczukowe (inaczej lateksowe) mają brązowe zabarwienie i lekki zapach gumy. Ich zaletą jest duża plastyczność i miękkość, co przypomina dzieciom w dotyku pierś mamy i sprawia, że maluchy preferują tego typu smoczki. Kauczuk (lateks) jest jednak materiałem nietrwałym, który szybko się odkształca i deformuje. Łatwo ulega także utlenianiu i zmianie struktury pod wpływem powietrza i wody, dlatego smoczki kauczukowe należy często wymieniać, najlepiej co dwa, trzy tygodnie. Kauczuk łatwo absorbuje zapachy a sterylizacja czy wyparzanie we wrzątku powodują zmianę koloru, gładkości powierzchni i zmatowienie smoczka. Niektóre dzieci mogą mieć uczulenie na lateks.
Smoczki silikonowe są przezroczyste, bez smaku i zapachu. Są twardsze niż smoczki lateksowe, dzięki czemu dziecko musi włożyć więcej wysiłku w ssanie, co przyczynia się do lepszego rozwoju mięśni języka i buzi. Niestety twardość silikonu sprawia, że dzieci mniej chętnie sięgają po tego rodzaju smoczki. Smoczki silikonowe nie zmieniają smaku pokarmu, nie ulegają odkształcaniu i deformacji, co zapobiega negatywnemu wpływowi na kształtowanie się żuchwy i podniebienia. Są bardziej trwałe niż lateksowe, nie zmieniają barwy ani nie pokrywają się nalotem nawet gdy będziemy je sparzać wrzątkiem (Źródło).

Na koniec jeszcze krotka informacja na temat czego nie wolno robic ze smoczkiem. Smoczka nie powinno sie wieszac dziecku na szyi, smarowac miodem lub zanurzac w cukrze. Nie podawac smoczka, ktory upadl na podloge - najpierw trzeba go wyparzyc, jesli maluch ma mniej niz trzy miesiace lub umyc. Bez zwgledu na wiek dziecka smoczek trzeba wyparzyc, jesli upadl na zieme poza domem. Nie oblizujemy smoczka! A jesli smoczek jest w jakis sposob uszkodzony, trzeba go wyrzucic. Dlatego tez warto jest kupic ze dwie trzy sztuki naraz.

No dobrze, teraz juz wiem sporo na ten temat, a wiec moge sie wybrac ponownie do sklepu :) mam nadzieje, ze tym razem cos wybiore.

A Wy macie juz smoczki? Jakie polecacie?

 



piątek, 18 października 2013

Cukrzyca w ciąży??

Wczoraj zadzwonila do mnie polozna, zeby mnie poinformowac o wynikach ostatniego badania krwi. Niestety nie uslyszalam, zadnej dobrej wiadomosci :( Jak sie okazalo mam podwyzszony poziom cukru we krwi - nie duzo, ale jednak...

A co to teraz dla nas oznacza? Narazie badania trzeba powtorzyc. Przez to ze poziom cukru byl tylko minimalnie podwyzszony, istnieje prawdopodobienstwo pomylki, ktora moze byc spowodowana tym, ze przed badaniem jadlam obfite sniadanie - nie musialam byc naczczo. Poza tym jadlam tez banana, a w ostatnich dniach dosyc duzo slodyczy. Nie wiem czy to wogole moglo miec na to jakis wplyw, ale chcialabym zeby tak wlasnie bylo... Zeby po tych drugich dokladniejszych badaniach, okazalo sie, ze wszystko jest wporzadku...

Powtórka z rozrywki nastąpi w poniedzialek o 8 rano. Tym razem mam byc naczczo i dlatego tez zostane przyjeta jako pierwsza. Badania moga trwac az do dwoch godzin :( a jak ja przezyje do tego poniedzialku?

Oczywiscie juz sie troche naczytalam na ten temat i wiem, ze to wcale nie oznacza koniec swiata. Nie bylabym też jedyna kobieta z cukrzyca w ciazy, ale mimo wszystko wolałabym byc zdrowa i nie musieć martwić sie o Fasolkę :(

No nic dopóki sprawa jest niewyjasniona muszę myśleć pozytywnie. Staram sie nie martwić na zapas... Trzymajcie kciuki za nas w poniedziałek!!

wtorek, 15 października 2013

29 tydzien

Kiedy dzisiaj rano popatrzylam w kalendarz i stwierdziłam, ze właśnie zaczynamy 29 tydzien ciazy nie mogłam w to uwierzyć. Juz za tydzien będziemy mieć 3 z przodu!!! Do rozwiązania juz bliżej niż dalej, a my jeszcze mamy trochę przygotowań przed sobą... Jakoś zaczęłam sie stresowac. Rożne pytania snuje sie w mojej głowie: Czy my napewno sobie z tym wszystkim poradzimy? A jak to będzie po porodzie... Jak do tej pory raczej byłam spokojna, tak dzisiaj zaczęłam panikowac... Czy to tylko ja tak mam, czy inne mamy tez zaczynaja bardziej przeżywać pod koniec ciazy??

Do tego wszystkiego akurat dzisiaj wybrałam sie na badanie krwi. Juz chyba ostatnie, ale według tego co wyczytałam, prawdopodobnie najgorsze, bo dotyczy rownież sprawdzenia poziomu glukozy we krwi. Oczywiscie jak to ja naczytalam sie przeróżnych historii na ten temat i juz od wczoraj przezywalam. Ale muszę powiedziec, ze byłam mile zaskoczona! Tzn bardzo sie bałam tego powtornego drinka, o którym tak wiele osób pisało, ale po raz kolejny okazało sie, ze "diabeł nie taki straszny jak go malują". Mój napój nie był wcale taki zły, smakiem przypominał sprite albo 7up, brakowało tylko lodu a byłby całkiem dobry ;) zanim go wypilam byłam poproszona o próbkę moczu, a po wypiciu musiałam godzinę czasu odczekać do pobrania krwi. W tym czasie nie wolno mi było nic jeść ani pić poza woda. Oczywiscie po takiej dawce cukru Kurczaczek zrobił sie aktywny i śmigał po brzuszku, aż nie mogłam sie skupić na czytaniu ;)

A co tak poza tym u nas nowego? 
- w ciagu dnia biegam częściej do toalety
- śpię dobrze, a nawet bardzo dobrze - zasypiam jak małe dziecko, czasami mnie to nawet denerwuje, ze juz po 21 jestem zmęczona, bo chciałoby sie posiedzieć troszkę dłużej, no ale cóż...
- przesypiam cała noc, o dziwo nie muszę wstawać do toalety - mam nadzieje, ze tak zostanie ;)
- rozstepow brak
- zylki jakie były takie sa, przepuklina tak samo
- ważę 58 kg, a to oznacza, ze jestem 10 kg na plusie...
- obwód brzuszka: 90 cm
- w ostatnim czasie dokuczalo mi krwawienia z nosa, przeważnie z rana, ale od dwóch dni jest znowu spokój 
- Fasolcia śmiga ile może i ostatnio miała chyba czkawkę, bo czułam regularne uderzenia przez pare minut :) slodziak jeden!

poniedziałek, 14 października 2013

Imprezowo

Witam wszystkich po weekendzie :) Aj ten czas leci tak szybciutko, dzisiaj juz wtorej, a ja chcialam opowiedziec jak spedzilismy sobote...

Otoz w sobote bylismy na imprezie urodzinowej, i to takiej powaznej, bo pierwszej w zyciu mlodego czlowieka ;) synek znajomych wlasnie skonczyl roczek :) I nie to zeby to byla moja pierwsza tego typu impreza, ale tym razem bylo jednak jakos inaczej. Jak tak patrzylam na te biegajace brzdace to myslami bylam gdzie indziej. Tak sobie myslalam o Naszej Fasolci, o jej narodzinach, pierwszym usmiechu, raczkowaniu, pierwszych kroczkach no i oczywiscie pierwszych urodzinach. Jak i kiedy to nastapi? Czy napewno bedzie wszystko wporzadku? No i kiedy zobaczy swoich dziadkow, ciocie i wujkow? Ach przez te hormony czlowiek zrobil sie jakos taki bardziej sentymentalny...

Do tego po pysznym obiadku i wielu slodkosciach Fasolcia zrobila sie aktywna i na chwile nie dala o sobie zapomniec ;) kochane dziecko! Pewnie smakowalo jej polskie jedzenie. Co jak co, ale mielismy bigos, pierogi ruskie, salatki, kotlety i sliwki zapiekane z bekonem :D Ania naprawde sie postarala - do tego musze dodac, ze ser na pierogi byl wlasnej roboty! Po cieplym jedzeniu przyszla kolej na slodkosci - ciasto orzechowe (pycha), pychotka (to byl akurat moj wypiek) i takie slodkie kuleczki. Potem byl jeszcze tort i lody waniliowe! Normalnie kaloryczne szalenstwo, ale co tam, raz na jakis czas mozna sobie pozwolic :) Po tym wszystkim ledwo co moglam sie ruszac, ale po krotkim spacerze do domu wszystko znalazlo swoje miejsce w brzuchu.

Nie tylko jedzenie bylo polskie, ale rowniez i wszyscy goscie, dzieki czemu mozna bylo latwo zapomniec o tym, ze sie jest tak daleko. Poza solenizantem byla jeszcze dwojka dzieci, ale dowiedzialam sie, ze dwie kolejne pary planuja dzidziusia, wiec jak wszystko dobrze pojdzie, to zaniedlugo spotkamy sie w jeszcze wiekszym gronie ;) ale bedzie brygada malych brzdacow ;P

Bartus dostal od nas drewniana piramidke z krazkami i taki oto worek, ktory sama uszylam ;)


A wczoraj mamuska znowu zaszalala na sale i kupila pare ciuszkow:



Z Dominkiem zartowalismy sobie wczoraj, ze bedziemy musieli ta Nasza Fasolcie po trzy razy dziennie przebierac, zeby zdazyla wszystko ubrac ;) a tata to juz wogole ze zdjeciami nie nadazy - haha. Oczywiscie to tylko zarty, staramy sie kupowac z umiarem i przede wszystkim bierzemy rozne rozmiary. Do tego staram sie wszystko miec na liscie - moj kolejny master plan, zeby miec takowy przeglad ;)


środa, 9 października 2013

Wanted...

"Zaginela ciezarowka wraz z cala zawartoscia"


Hihi taki juz widzialam plakat z moim zdjeciem... A bylo to tak.
Kiedy we wtorek po zakupach wrocilam do domu, zapomnialam wyciagnac swoj telefon komorkowy z torebki, ktora zabunkrowalam w sypialni, a sama zaszylam sie w kuchni. Zaczelam gotowac obiadek i piec bulki. W miedzy czasie cos jeszcze psocilam na maszynie do szycia, a czas mijal. W pewnym momencie poczulam bol w krzyzu, wiec postanowilam zrobic krotka przerwe i sie wyciagnac na lozku. Wtedy tez przypomnialo mi sie o mojej komorce... Wyciagam telefon z torebki, a na ekranie mnostwo wiadomosci i nieudane proby dodzwonienia sie do mnie...

Jak sie okazalo Dominik od godziny byl gotowy do odbioru z pracy i probowal sie ze mna skontaktowac... No i zeby to probowal dzwonic tylko do mnie :) tak spanikowal, ze sie nie odzywam, ze zaczal wydzwaniac po moich kolezankach :P Kolega stwierdzil, ze jeszcze tylko nie zdazyl zadzwonic do ambasady i zglosic, ze zaginela jego ciezarowka wraz z Fasolcia ;) no ale kiedy mnie uslyszal przez telefon to odetchnal z ulga i sie ucieszyl, ze zaraz po niego przyjade.

Biedny chyba sie troche o mnie martwil, myslal nawet, ze moze mialam jakis wypadek samochodowy... Oj po tym ostatnim wypadku na rowerze, o ktorym pisalam tutaj zrobil sie ten moj chlop jakis taki bojazliwy ;) Ale teraz przynajmniej wie jak to jest kiedy on tak sie nie odzywa ;)

poniedziałek, 7 października 2013

Mile wyroznienie :)

Pare dni temu zostalam nominowana do zabawy "Liebster Blog" przez Malinowelove, za co serdecznie dziekuje :) Zabawa ta polega na odpowiedzeniu paru pytan zadanych przez osobe nominujaca, a nastepnie ulozeniu wlasnych.

                           

A wiec zaczynamy:

1. Najprzyjemniejszy sposób na spędzanie jesiennych wieczorów?
W domu uwielbiam leniuchowac z moim Dominikiem. Herbatka, cieply kocyk i dobry film - nic wiecej nie jest potrzebne :) 
2. Ulubiona pora dnia?
Rano - kiedy sie budze i widze moja druga polowke
Wieczor - kiedy przed zasnieciem snujemy wspolne plany
3.  Zajęcie, którego najbardziej nie lubisz z kategorii obowiązki domowe?
Mycie podlog... 
4. W którym momencie ciąży zaczęłaś kompletować wyprawkę?
Pierwsza czapeczke kupilam okolo 8. tygodnia ciazy, jak chcielismy poinformowac rodzicow, ze zostana dziadkami ;) ale zdecydowana wiekszosc rzeczy zaczelismy kupowac po 20. tygodniu.
5. Co kojarzy Ci się z wakacjami? 
Slonce, plaza, morze i lody!!
6. Ostatnio przeczytana książka, którą polecasz?
W ostatnim czasie czytam roznego rodzaju poradniki i ksiazki ciazowe... Ale co napewno moge polecic to ksiazka niemieckiego komika Michael Mittermeier: "Achtung Baby". Autor opowiada w naprawde smieszny i bardzo sympatyczny sposob o wlasnych ojcowskich przezyciach, kiedy to po raz pierwszy zostal ojcem... "Zycie z dziecmi jest calkiem inne niz myslalem, a mianowicie bardziej zabawne".
7. Dlaczego akurat takie imię wybraliście dla swojego dziecka?
Jeszcze nie wybralismy imienia. 
8. Jak jest kolor wózka Twojego dziecka?
Szary
9. Chciałabyś aby czas kiedy jesteś w ciąży upływał jak najdłużej, czy żeby zleciał jak najszybciej?
To zalezy od tego jak sie czuje ;)
10. Ulubione miejsce na wakacje?
Hmm ciezko powiedziec, nie mam takiego jednego ulubionego miejsca. Uwielbiam podrozowac i zwiedzac miejsca w ktorych jeszcze nie bylam, nie widzialam. 
11. Co najbardziej lubisz w sobie?
 Moj brzuszek ;)

Do zabawy zapraszam nastepujace blogi:

Oto moje pytania:
1. Jaka pore roku lubisz najbardziej?
2. Znak zodiaku
3.Czy to co robisz/ czym sie zajmujesz sprawia Ci radosc?
4. Gdzie chcialabys spedzic przyszle wakacje?
5. Kiedy zaczynasz szykowac prezenty pod choinke?
6. Bizuteria czy wypad do spa?
7. Co sprawia Ci najwieksza przyjemnosc?
8. Jak wyobrazasz sobie swoje zycie za 20 lat?
9. Jestes spioszkiem czy raczej porannym ptaszkiem?
10. Jedno dziecko czy jednak moze troche wiecej?
11. Czy masz jakiegos zwierzaczka domowego?

Zycze udanej zabawy :)

środa, 2 października 2013

Wiosna :)

01.10. a u nas piękna wiosna :) co prawda nie przyszła z dnia na dzień, gdyz juz od jakiegos czasu było czuć to wiosenne powietrze, ale dosyć często padało i wiało - i to jak porządnie. Pewnej nocy była taka burza i do tego tak lało, ze jak sie przebudzilam to usnac nie mogłam... Lezalam z głowa pod kołdrą i czekałam aż sie skończy... Dobrze, ze Fasolcia nie musiała tego słuchać, bo by sie pewnie przestraszyla! A na drugi dzień okazało sie, ze nawet garaż nam zalało...

No ale to nie o burzy chciałam pisać, tylko o super pogodzie :) słońce świeci od rana do wieczora i nawet juz opala. Dominik juz pomału znowu wyglada jak Maori, bo słońce go złapie jak jedzie do pracy rowerem albo jak sobie kajtkuje - szczesciarz ;) 

Ja zabralam sie dzisiaj z koleżanka i jej dziećmi na plac zabaw :) było super, a zwłaszcza spacerek. Ruch i świeże powietrze potrafią zrobic naprawdę dobrze. Tylko trzeba jednak jeszcze uważać, bo pogoda potrafi byc zdradliwa i może przewiac. W słońcu jest super gorąco, ze aż chce sie uciekać do cienia, a jak juz sie jest w cieniu, to robi sie bardzo szybko chłodno, a więc o katarek czy bol głowy nie trudno. I takim bólem głowy skończył sie mój wczorajszy dzień :( juz o 19 poszłam spać!!! Jakoś tak źle sie poczułam, ze musialam sie położyć, a jak sie polozylam to usnelam... Dzisiaj rano tez potrzebowałam dłużej zeby sie wygramolic z łóżka i pewnie gdyby nie Ania zajęłoby mi to jeszcze dłużej, ale udało sie i jest super :) humorek powrócił i chęci do działania tez :) a jutro ruszamy na pierwsza wycieczkę w tym sezonie - jupiii.

Pozdrawiam serdecznie i życzę miłego weekendu!!!

P.S. Wczoraj udało mi sie kupić cos dla Fasolci takie unisex, bo nie chciałabym zeby mój kurczaczek śmigał tylko na różowo ;)




piątek, 27 września 2013

Wybór wózka

Jak juz wcześniej krótko wspomniałam, jesteśmy na etapie szukania wózka dla naszej Fasolci, tzn. byliśmy bo juz cos znaleźliśmy, ale o tym za chwile :)

Sam zakup wózka było planowan na znacznie pózniej, teraz chcieliśmy tylko cos wybrać, żeby pózniej nie trzeba bylo sie martwić i szukać czegoś na sile. A zakup tego typu pojazdu naprawdę nie jest łatwy!!! Na rynku można znaleść przeróżne firmy, modele i kolory. Niby każdy może znaleźć cos dla siebie, ale przy tylu możliwościach podjęcie jakiejkolwiek decyzji może zając trochę czasu. Do tego tyle co przeróżnych modeli, tyle tez przeróżnych opinii użytkowników, które czasami wiecej mieszają niż pomagają... No bo np juz jesteś zdecydowany na jakiś model, ale cos cię jeszcze skusi trochę na ten temat poszukać i znajdziesz jedna opinie, która prowadzi do tego, ze znowu nie wiesz czy dobrze wybrałeś... No i weź cos tu kup!!!

U nas doszedł jeszcze jeden fakt, ktory nam ten wybór utrudniał, a mianowicie miejsce zamieszkania ;) niestety ale w NZ jest drożej niż w Europie, a zwłaszcza jeżeli chodzi o produkty europejskie. W pewnym momencie myśleliśmy juz nawet o kupnie wózka w Niemczech i późniejszym wysłaniu go tutaj. Tylko, ze po pierwsze to tyle zamieszania, a po drugie to nie wszystkie modele sa dostępne tutaj, a to oznaczałoby, ze musielibyśmy zamówić cos w ciemno...

A jakie wózki braliśmy pod uwagę? No najlepiej taki cały zestaw z gondolą, spacerowką i fotelikiem do samochodu albo przynajmniej możliwością jego zamatowania. Poza tym ma byc wygodny dla dzidziusia, zrobiony z nieszkodliwych materiałów, wytrzymały, w miare z duzymi i pompowanymi kołami (tak zeby sie sprawdzał w terenie - na plazy)  podobać sie mamusi i zdać test jazdy i wstrząsów u tatusia ;) Ubaw mialam niezly z tego swojego Dominika, kiedy on testował wózki... Normalnie tylko czekałam, aż wkoncu ktoś do nas podejdzie i wyprosi ze sklepu ;) Dodatkowym plusem byłaby lekka waga, ale ze mieszkamy w domu i nie trzeba wózka nigdzie wnosić, nie było to dla nas aż takie ważne.

Po dłuższych poszukiwaniach wybraliśmy pare bryczek, które nas najbardziej zainteresowały:

- Silver Cross Surf

- Mutsy Igo

- ABC Design (tak naprawdę to mi sie te wózki aż tak nie podobają, ale cieszą sie bardzo dobrymi opiniami użytkowników, a do tego cena jest naprawde kusząca)

Podczas szukania tego i owego trafiłam zupełnie przypadkiem na pewne ogłoszenie w internecie. Chodziło oczywiscie o sprzedaż wózka... Jak sie okazało ktoś chciał sprzedać wózek mutsy 4 rider -  cały komplet tzn gondola, spacerowka, pompka do kół, torba na pieluchy, ochraniacze przed deszczem, dodatkowy kosz na zakupy oraz spiwor do spacerowki. I to wszystko niby w dobrym stanie, kupione w tym roku w styczniu i do tego mało co używane... A ze cena super, bo mniej niż połowa wartości nowego, umowilismy sie na wizytacje. I faktycznie wszystko jak opisane. A dlaczego wózek był mało używany? A no bo teściowa kupiła drugi, a ze sie dzieckiem cały czas zajmuje to używa oczywiscie ten, ktory jej zdaniem jest lepszy ;) kochane teściowe haha nie próbuj sie sprzeciwić ;) 

Następnego dnia postanowiliśmy, ze weźmiemy ten wózek. Na poczatku sobie myślałam, jejku juz teraz czy to nie za szybko? Ale z drugiej strony, zeby zamówić cos z Europy tez musielibyśmy zrobic to juz na czasie. A zeby kupić cos tutaj, to tez trzeba zamówić wcześniej, bo dostanie sie jakiś rabat albo tez sie czeka na dostawę.

Oto bryka dla naszej Fasolci:

Kolor ten sam co na zdjęciu, tylko ze bez fotelika samochodowego, no i torba ze spiworkiem wyglądają troszeczkę inaczej. Poza tym musimy dokupić cos przeciw słońcu i jesteśmy w pełni wyposażeni :) pierwsza jazda po domu juz sie odbyła. Jak narazie jesteśmy zadowoleni, ale zobaczymy jak to wyjdzie w praniu ;) 
Jeszcze tylko krótko o samej firmie. Mutsy jest holenderska firma, która juz od lat zajmuje sie produkcja wózków dziecięcych. Ich produkty cieszą sie dobrymi opiniami użytkowników, którzy zachwalaja sobie wygodę, komfort i szeroki wybór dodatkowych akcesoriów. Pomyślane zostało rownież o rodzeństwie, ponieważ jest możliwość zamatowania podwójnego foteliku albo deski na kółkach dla starszych dzieci.








wtorek, 24 września 2013

26-sty tydzien

Dzisiaj mija nam 26-sty wspólny tydzien ;) Fasolcia ma sie raczej dobrze, śmiga sobie po brzuszku ile może i często daje o sobie znac :) Najzabawniejsze jest to kiedy zaczyna kopać jak tata wraca z pracy - tak jakby go słyszała i chciała sie przywitać ;) Co oczywiscie sprawia niesamowita radość i doprowadza do tego, ze sobie do Niej gadamy - pewnie z boku śmiesznie to wyglada, ale myśle ze każdy rodzic wcześniej czy pózniej zaczyna rozmawiać z brzuszkiem.

A co tam u mnie? W sumie gdyby nie bóle pleców, powiedziałabym, ze wszystko jest super. Niestety ale jakoś ten ból mi nie przechodzi. Basen co prawda pomaga i relaksuje mięśnie, ale na drugi dzień znowu boli. Na poczatku odczuwalam ból kości ogonowej, teraz najgorzej boli mnie pod lewa lopatka. Próbuje ćwiczenia, które znalazłam na necie, ale jakiegos super efektu nie ma. Sprawę zgłosiłam położnej i teraz czekam na skierowanie do specjalisty, może dostanę jakiś pas ciazowy. No i muszę sie wkoncu wybrać na yoge. Tyle czasu juz myśle o tych zajęciach, ale jakoś do tej pory nic w tym kierunku nie zrobiłam - normalnie wstyd!! Tzn tam gdzie chciałam iść zajęcia zostały odwołane, no ale przecież jest jeszcze wiele innych szkół, do których można sie wybrać...

Jeżeli chodzi o moja przepukline to dalej czekam na wieści ze szpitala... Ale póki co jest wszystko wporzadku, tzn nic sie nie powiększa, ale tez nic nie maleje. Popekane naczynka, ktore mam na prawej nodze przy kolanie od środka dalej tam sa i narazie sie nie powiększają. Małe problemy mam tez z cerą. Tzn czasami mi cos wyskakuje na twarzy, a poza tym mam brzydkie plecy :( to z plecami zaczęło mi sie w sumie przed ciaza i najgorzej było podczas egzaminów końcowych na studiach. Kiedy stres minął i przylecialam do NZ, wygrzalam plecki na słońcu i zrobiło sie lepiej. Jak zaszlam w ciążę problem powrócił i to z podwojona siłą... Teraz jest juz trochę lepiej, ale w dalszym ciagu, cos tam mam :( nie chce stosować żadnych preparatów, bo jak to moja położna mówi, na hormony nie ma lekarstwa. Mam spróbować naturalne sposoby. Cos próbowałam, ale ze nie było jakiegos super efektu - przestałam.

Obwód brzuszka wynosi na dzień dzisiejszy 88 cm, a ile ważę dowiem sie w przyszłym tygodniu.

sobota, 21 września 2013

Shopping :)

Mimo tego, ze za oknem pada i wieje, aż sie człowiekowi nie chce wychodzić, zaliczam dziejszy dzień do tych udanych :) jestem zmęczona, ale szczęśliwa. Siedzę sobie wygodnie pije kawke caro, zajadam sie sernikiem i podziwiam swoje dzisiejsze zdobycze. Otóż po kursie angielskiego wybrałam sie z koleżanka na zakupy do jednego z centrum handlowych i zrobiłam małe zakupy ;)


Odwiedzilysmy dwa sklepy z ciuszkami dla dziec (te sa oczywiscie najwazniejsze, tych innych juz nie bede wymieniac ;))i no i moja Fasolcia stała sie posiadaczka paru nowych laszkow. Nie dość, ze słodkie i przyjemne w dotyku to jeszcze na przecenie. No poprostu nie mogłam sie powstrzymać. A teraz juz nie mogę sie doczekać, kiedy bede mogła w to wszystko ubrać swojego kurczaczka! 

Oczywiscie dla siebie tez cos znalazłam :) wkoncu kupiłam sobie dżinsy ciazowe, bo moje dotychczasowe zrobiły sie juz bardzo niewygodne i uciskaly mnie w pasie. Teraz właśnie je testuje i muszę powiedziec, ze sa bardzo wygodne :) Wogole moja garderoba powiększyła sie juz o pare ciuchów ciazowych i myśle, ze to naprawdę super sprawa. Sama wygoda!! Posiadam pare koszulek legginsy, majtki i biustonosze i czym bardziej rosnę tym bardziej to wszystko doceniam :)

Na dzisiaj to tyle, bo muszę sie zabrać za szukanie wózka... Czy ktoś może mi jakiś wózek polecić? Z góry dziękuje za podpowiedzi :)



środa, 18 września 2013

Cóż za węch...

Juz na poczatku ciazy zauważyłam, ze mój zmysł węchu uległ wyostrzeniu. Najbardziej dokuczaly mi zapachy dochodzące z kuchni czy ze sklepu rybnego, natomiast kremy czy środki do sprzątania wogole mi nie przeszkadzały. No właśnie nie przeszkadzały... Bo teraz to juz nawet nie mogę używać własnych - moich ulubionych!! - perfum!! Wystarczy mała dawka, a mnie mdli. Tak samo jest z balsamami do ciała, żelami pod prysznic, środkami do sprzątania czy proszkami, płynami do prania. To co kiedyś mi sie podobało, na dzień dzisiejszy jest nie do zniesienia. A więc moja kosmetyczka uległa uszczupleniu i wszystkie ładnie pachnące balsamy i perfumy maja wolne ;) używam rzeczy, które nie pachną albo maja bardzo delikatny zapach jak np. Bio Oil przeciw rozstepom. Dzisiaj stwierdziłam, ze muszę zmniejszyć dawkę płynu do prania rzeczy czarnych, bo po wczorajszym praniu myślałam ze sie przewróce ;) 

W sumie nie miałabym na co narzekać, bo przecież można zmienić pare przyzwyczajeń i po krzyku. Ale ten mój nosek zaczyna mi trochę przeszkadzać na mieście. No bo w domu jak to w domu, ale na mieście nie jest wcale latwo wyeliminować przeróżne intensywne zapachy!! Do tego ludzie z tymi swoimi, no właśnie czym? Teraz nazwałbym to smrodkami haha... Blee! Czy to perfumy czy to pot, czy śmierdzące stopy gościa siedzącego w klapkach obok przy stoliku.... Normalnie katastrofa!!! Albo na basenie, kiedy to zamiast przed wejściem do wody wziasc prysznic, wchodzi sobie taki gościu, wyperfumowany do basenu i ciągnie za sobą ten smród. Ostatnio dusił mnie nawet zapach perfum mojego lekarza! Po wizycie mówię do Dominika, ze lekarz miał okropne perfumy, a on na to, ze nic nie czuł... Jak ja mu zazdroszczę ;)

W kuchni natomiast zaczęła mi śmierdziec wieprzowina. Zapach jest dla mnie tak okropny, ze przeszkadza mi to w jedzeniu. Nawet kiełbaski wieprzowe sa fuj. A juz nie wspane o zeberkach... Przecież żeberka należały do jednego z moich ulubionych i zawsze wyczekiwanych przeze mnie dań. Ostatnio sie na takowe żeberka skusilam i ugotowalam. Niestety zapach sprawił, ze jedzenie nie należało do przyjemności :( Zup na zeberkach tez juz nie gotuje. 
Ach te hormony, jestem ciekawa czy po ciazy sie to zmieni? Miała albo ma moze któraś z Was szanownych mam coś takiego?

sobota, 14 września 2013

Sauna w ciazy?? A czemu nie?!

ŁZamiłowaniem do sauny zaraził mnie mój Dominik. Juz od paru lat, a zwlaszcza w okresie jesienno - zimowym chodzimy na saune. No dobrze może to nie były super regularne wypady, ale zawsze po takim zabiegu czułam sie rewelacyjnie i nigdy nie miałam jakiś problemów. Odwiedzalismy przeróżne miejscowki, te duże i te małe. I tak chodząc na saune napotkalismy niejedna kobietę w ciazy jak i same noworodki!! Co mnie na poczatku bardzo zdziwiło, ale pózniej okazało sie, ze jest coś takiego jak babysauna, która cieszy sie coraz większa popularnością wsród młodych rodziców. 

Kiedy zaszlam w ciążę i nadeszła zima, zaczęłam sie zastanawiać nad pójściem do sauny. Pierwsza myśl: ide! Czemu nie, jak inne kobiety chodza to czemu ja mialabym nie pojsc? Potem zaczęłam czytać, szukać jakichkolwiek informacji na ten temat zarówno na stronach polskich, niemieckich jak i angielskich. Najwiecej negatywnych artykułów znalazłam na stronach polskich... Ale myśle, ze i tam podejście do sprawy sie zmienia. 

Do korzyści uczestszania na saune zalicza sie miedzy innymi relaks, odprezenie, oczyszczenie organizmu z toksyn jak i samo rozluźnienie, które jest dobrym lekarstwem na bolace plecy. Ale ten kto chodzi na saune sam najlepiej wie, jak to na niego działa i jak sie po tym czuje. 

Do argumentów mówiących o szkodliwości uczestszania na saune zalicza sie: poronienie, uszkodzenie płodu czy tez wywołanie przedwczesnego porodu... Brr jak to pisze, to aż mi gesia skórka wychodzi. Jednak jak sie okazuje nie tak diabeł straszny jak go malują. Zostały przeprowadzone rożne badania, które nie potwierdziły powyższych stwierdzeń. Finnlandki na przykład nie rezygnują z chodzenia na saune, ale z postępująca ciąża skracaja czas pobytu do kilkunastu minut.

Kobiety w ciazy mogą korzystać z sauny, ale nie za często. Mówi sie o jednym pobycie w ciagu tygodnia przy jednym dwóch wejść. Oczywiscie nie powinno przesadzać sie z czasem i najlepiej wybierać saune o niższych temperaturach oraz zając miejsce na najniższej ławce. Nie należy zapomnieć o piciu wody przed i po wyjściu z sauny, jak i unikać zimnego prysznicu po wyjściu. Jeżeli kobieta przed ciąża nie chodziła na saune, zaleca sie przeczekać pierwszy trymestr, w którym zachodzą największe zmiany w organizmie. Oczywiscie najlepiej jest sie skonsultować z lekarzem prowadzącym.

A jak to było u nas? Z powodu coraz częstszych boli krzyża, postanowiliśmy co tydzień chodzic na basen. Pływanie to super sprawa na moje plecki :) Kiedy zobaczyliśmy, ze na basenie jest tez sauna, nie mogliśmy sie powstrzymać i tak mniej wiecej od czwartego miesiąca ciazy grzejemy sie regularnie. Wczesniej jeszcze omowilam sprawę z położna, która nie widziała żadnych przeciwwskazań. Wchodzę maksymalnie na 7 minut dwa razy. Siadam, a jak jest malo ludzi to sie klade ;) (tak mam recznik) na najniższej ławce i sie relaksuje... Uwielbiam saune!! A ze naprawdę dobrze sie czuje i w trakcie i po pobycie nie zamierzam z niej zrezygnować, a przynajmniej na dzień dzisiejszy :)
Na zakończenie dwa linki do tekstów, które w razie watpliwosci warto przeczytać: 
http://www.primanatura.pl/sauna-w-ciazy/
http://www.klafs.pl/dla-domu/panstwa-samopoczucie/wellness-sauna-faq-czy-b-d-c-w-ci-y-mog-p-j-do-sauny-.html,f16

A jak to jest u was drogie mamy? Co robicie dla relaksu i zdrowia?


środa, 11 września 2013

Wizyta u GP

Dzisiaj byłam na kolejnej wizycie u swojego lekarza domowego i muszę stwierdzić, ze to naprawdę miły gościu. Aż przyjemnie iść na taka wizytę pomimo deszczowego poranka, kiedy to najchętniej zostałoby sie w łóżku ;)

Powodem mojej wizyty była trochę niepokojąca mnie - no właśnie co?? Bo w sumie tak naprawdę nie ma 100% pewności, ze to jest - przepuklina. Otóż w ubiegłym roku na poczatku czerwca miałam mały zabieg, podczas którego zszyli mi przepukline pachwinowa. Nie miałam założonej żadnej siatki, tylko normalne szycie, bo dziurka - według lekarza - była bardzo malutka. Z samego lekarza byłam bardzo niezadowolona i żałuje a teraz to wogole jeszcze bardziej żałuje, ze nie wybrałam sie do jakiegoś innego lekarza, jak tylko ten mój wydał mi sie dziwny. No cóż kolejna w życiu nauczka, całe szczęście mam na to tez wytłumaczenie, ale to nie teraz o tym mowa :)

Na poczatku ciazy było wszystko wporzadku, ale od jakiegos czasu, w miejscu gdzie byłam operowana pojawia mi sie znowu moja gula... Czyżby pękło szycie? Teraz tez zauwazylam, ze po większym wysiłku czuje lekki ból w pachwinie, a jak dłużej poleze to trochę ciągnie przy wstawaniu. Tak samo robią mi sie tam takie mini zylaczki... A jak sie tam dotykam to mam wrażenie jak by to miejsce było obite. Moja położna próbowała skierować mnie do innego lekarza, ktory to narazie odrzucił. Powód banalny, jeżeli to przepuklina to i tak teraz nie bedą operować, więc muszę z tym żyć. Dopóki nie mam ostrych boli, nic wiecej nie wychodzi to jest niby dobrze... Tylko, ze w miedzy czasie byliśmy na usg polowkowym, gdzie pani doktor była tak miła i mimo, ze nie miałam dodatkowego skierowania, próbowała zobaczyć czy otwór jest duży i jak ogólnie sytuacja wyglada. Niestety albo i stety, sama nie wiem, nic nie mogła dojrzeć. Tzn gula zwierzchu jest widoczna, ale dlaczego to nie wiadomo, bo żadnej dziurki przez która mogłoby coś przechodzić, nie widać. Wtedy tez kobiecina stwierdziła, ze to mogą byc żyły, które sie jakoś krzyżują no i oczywiscie pod wpływem parcia maluszka pchają na zewnątrz... Ta opcja wydaje mi sie lepsza, bo nie musiałabym znowu iść na zszycie (chociaż czytałam, ze u niektórych kobiet taka dziurka zamyka sie sama po porodzie), ale tak do końca pewna to ona nie była i kazała iść do specjalisty. 

I do tego właśnie potrzebuje skierowanie od GP, ktory na szczęście chciałby to tez wyjaśnić przed porodem i bez problemu skieruje mnie dalej. Teraz tylko pozostaje nam coś do wyjaśnienia. A mianowicie kwestia ubezpieczenia. Jak juz pisałam mamy ubezpieczenie państwowe, które żadna rewelka nie jest, a wiec trzeba czekać w kolejkach na termin. W tym przypadku może to potrwać pare tygodni. Mam nadzieje, ze do porodu zdążę ;) mogłabym tez iść do specjalisty prywatnie, ale za samo uklonienie sie, kasuja... uwaga 350 NZD!!! Tak więc postanowiliśmy rozejrzeć sie za jakimś dodatkowym ubezpieczeniem - zobaczymy co z tego wyjdzie.

Oj chciałabym zeby to jak najszybciej sie wyjaśniło, bo taka niewiadoma jest chyba najgorsza... Ale wystarczy tego marudzenia. Na koniec powiem coś miłego, a mianowicie moje wyniki z badania krwi sa bardzo dobre :D. Mam bardzo dobry poziom cukru we krwi, żelaza itd. A ze poza jodyną nie biorę żadnych dodatkowych preparatów, lekarz stwierdził, ze zdrowo sie odżywiam za co mnie oczywiscie pochwalił :)

wtorek, 10 września 2013

Ciąża w Nowej Zelandii

Jakoś nigdy wcześniej bym nie pomyślała, ze urodzę dziecko tak daleko od domu... A jednak, na dzień dzisiejszy mieszkamy w Auckland i tutaj tez przyjdzie na świat Nasza Fasolcia. Z tego względu, ze sama próbowałam znaleść jakieś informacje na temat ciazy i porodu w NZ, i nic od polskich mam nie znalazłam, postanowiłam temu poświęcić dzisiejszy post. Opisze na jaka drogę ja sie zdecydowałam, ale jeżeli ktoś ma jakieś pytanie, to piszcie śmiało. W miarę możliwości postaram sie na wszystko odpowiedzieć. 

Po zrobieniu testu ciazowego, przyszedł czas na poszukiwanie lekarza. Pomyślałam, ze w sumie przydałoby sie pójść do ginekologa na potwierdzenie ciazy. Ze względu na mój angielski zaczęłam szukać lekarza polsko- albo niemieckojezycznego. Poprostu stwierdziłam, ze czulabym sie o wiele lepiej mając opiekę w języku, którym posługuje sie biegle, a nie nad każdym zdaniem muszę myśleć ;) moje poszukiwanie lekarza skończyło sie na znalezieniu niemieckiej położnej z która odrazu sie skontaktowalismy i umowilismy na wizytę. Kiedy pojechaliśmy do kliniki sie z nią poznać wiedziałam, ze chce zostać pod jej opieka. Babka jest młoda, ale doświadczona. Pracuje tutaj od paru lat, wcześniej pracowała w Niemczech i sama ma dwójkę dzieci z czego drugie przyszło na świat juz w Auckland. Wielkim plusem jest dla mnie fakt, ze sama ma to migracjyne doświadczenie i za każdym razem daje mi jakieś wskazówki, co jeszcze trzeba zrobic i czym różni sie system w Niemczech od tutejszego. Minus jest niestety taki, ze może byc tak, ze nie będzie jej przy porodzie... Jeżeli dzidzius przyjdzie na świat planowo, w co oczywiscie wątpię, to ona wtedy będzie, ale jeżeli urodzi sie wcześnie to moja położna będzie w tym czasie na urlopie... Co nie jest jeszcze takie tragiczne, bo poznałam druga położna, z która ona współpracuje i która ja w tym czasie zastąpi. Tez bardzo miła kobiecina, wydaje mi sie, ze nawet bardziej orientuje sie w sprawach dotyczących żywienia i witamin, tylko ze ona mówi tylko po angielsku. No nic damy radę, wkoncu cały czas pilnie sie uczę ;)

Po pierwszym spotkaniu dostałam skierowanie na usg, na którym po raz pierwszy widzieliśmy Fasolke i słyszeliśmy bicie serduszka. W ten sposób została potwierdzona ciąża oraz termin porodu. Potem kolejne spotkanie z położna, tym razem u mnie w domu. Bylo trochę papierkowej roboty, ale znalazłysmy rownież czas na ploteczki :) narazie nasze spotkania odbywają sie co 4 tygodnie - pod koniec ciazy będziemy sie widziały co tydzień - albo w klinice albo u mnie w domu i w dużej mierze wybor miejsca zależy ode mnie. Bo jak akurat nie mam czym się dostac do kliniki to nie ma dla niej problemu podjechać do mnie. Ja jednak wole jechać do kliniki, bo tam po pierwsze zawsze jest tez ta druga położna, z która mogę zamienić pare slowek i tak wybudować rownież takowa więź miedzy nami. A po drugie mogę sie tam zważyć, bo narazie nie mam wagi w domu. Nasze spotkanie wyglądają tak, ze położna mnie waży, mierzy ciśnienie i brzuszek, robimy test moczu, słuchamy serduszka i rozmawiamy sobie. Zawsze przygotowuje sobie listę pytań, bo jak juz wcześniej wspomniałam moja pamięć mnie trochę zawodzi ;) poza tym miałam robione dwa razy badanie krwi i kolejne jeszcze przede mna, bodajże w 28. tygodniu. No i to koniec, chyba ze pojawia sie jakieś komplikacje. Usg przysługuje trzy razy w ciagu całej ciazy, a w sumie nawet tylko dwa, jeżeli nie ma jakiegoś podejrzenia o nieprawidlowy rozwój zarodka. Usg tzw polowke jest tutaj ostatnim takim badaniem, przed porodem tzn w ostatnich tygodniach ciazy, położna sama określa położenie dziecka. Oczywiscie jeżeli sa jakiekolwiek komplikacje albo podejrzenia lub niejasności położna bez problemu skieruje nas na dodatkowe badanie. Na samym poczatku wydawało mi sie to wszystko dziwne i takie nie czułe, bo jak można kobietę w ciazy posłać tylko dwa razy na usg?? Nawet juz sobie planowalam, ze jak coś to pójdę prywatnie, ale w sumie teraz juz nie widzę takiej potrzeby. Wcześniej przecież kobiety tez jakoś były w ciazy i bez tych wszystkich wynalazków techniki rodziły dzieci. Czuje sie poprostu dobrze, mam zaufanie do swojej położnej i wiem, ze jak coś będzie nie tak, ona skieruje mnie dalej.

Tak samo jak z badaniami jest z wizyta u ginekologa. Jeżeli położna prowadzi twoja ciążę i nie ma żadnych komplikacji może byc i tak, ze ginekologa wogole nie zobaczysz. Tak miała moja znajoma, która urodziła juz dwójkę dzieci w NZ i obeszło sie bez wizyty u ginia.

A kto kryje koszty porodu i tych wszystkich badań? Ubezpieczenie zdrowotne. Zeby byc ubezpieczonym nie trzeba mieć rezydenture, wystarczy wiza pracownicza na dwa lata - taka jaka my mamy, na szczęście ;) jakiś osobnych składek na ubezpieczenie nie płacimy - narazie, bo właśnie sie zastanawiamy nad wykupieniem czegoś dodatkowego - poprostu zostaje odciagnieta jakaś cześć od Dominika wypłaty.

Niestety trochę to wszystko pogmatwane, ale mam nadzieje, ze mnie zrozumieliscie ;) A jeżeli sa jakieś pytania to śmiało pytać.

Pozdrawiam :)


piątek, 6 września 2013

23 tydzień

Dzisiaj mija nam 23 tydzień i 3 dzień ciazy. Czas leci jak szalony, jeszcze niedawno byłam w 20-tym tygodniu i sobie myślałam, ach to dopiero połowa... Teraz juz wiem, ze do rozwiązania coraz bliżej i pewnie to zleci szybciej niż myślę. 

A co sie zmieniło w tym czasie? Uroslam ;) cały czas rosnę. Mam wrażenie, ze brzusio powiększa mi sie z dnia na dzień i jest coraz bardziej widoczny. Ale cieszy mnie to, bo juz nie wyglądam tylko tak jak bym była przy kości, tylko juz coraz wiecej ludzi zauważa mój brzuszek. Wcześniej większość pewnie myślała, ze takie me kobiece kształty ;) w ostatnia środę mieliśmy taka śmieszna przygodę na basenie... Na basen chodzimy co tydzień, a wiec znamy z widzenia pare ludzi, którzy tez tam przychodzą regularnie. Po pływaniu poszliśmy sie trochę ogrzać do sauny, gdzie oczywiscie spotkaliśmy znajoma twarz. Ja tak najczęściej po 5 - 7 minutach wychodzę po czym idę pod prysznic i napić sie wody i grzecznie czekam na mego Dominika, ktory jeszcze trochę sie prazy. Tak było tez i tym razem, tylko ze po wyjściu Dominik oświadczył mi, ze ten gościu do niego zagadal... A co powiedział?? No oczywiscie, ze rosnę, ze sie zrobiłam duża!! Jeszcze dwa tygodnie temu nie pomyślał, ze jestem w ciazy, a teraz juz widać haha. Dobrze ze sama tego nie słyszałam, bo nie wiem jak bym w pierwszym momencie na to zareagowała ;) 

Ale teraz to juz mi jest obojętnie, a nawet cieszę sie ze rosnę. Ten powiekszajacy sie brzuszek powoduje, ze jestem niego bardziej świadoma. Na poczatku długo nie mogłam uwierzyć w to, ze jestem w ciazy. Jakoś to do mnie nie mogło dotrzeć. A o tym, ze tyje nawet nie chciałam myśleć!! Z przerażeniem patrzyłam sie na ilośc ciuchów, w które coraz mniej sie miescilam. Chyba nie muszę mówić, ze moje wszystkie rurki juz od jakiegoś czasu sobie odpoczywają... Ale mimo wszystko mam jeszcze pare rzeczy, które sa dobre ;) a na te ciazowe czekam - maja przyjść w paczce z Niemiec :) tak z Niemiec, bo tutaj sa te rzeczy strasznie drogie i nie takie fajne.

Poza tym, ze brzusio coraz bardziej widoczny, to nasza mała Fasolcia jest coraz bardziej aktywna. Juz nie tylko wieczorem czy z rana, ale rownież w ciagu dnia daje o sobie znac. Te jej kopniaki dają mi pewność, ze wszystko gra i ze napewno sobie żadnej ciazy nie przysnilam ;) super uczucie!! Aż sie chce ten brzusiol jeszcze bardziej wypinac i pokazywać światu - patrzcie tutaj rośnie sobie Fasolcia :)

Obwód brzuszka na dzień dzisiejszy wynosi 85 cm, a jeżeli chodzi o wagę to jestem juz ok 8 kg do przodu...

sobota, 31 sierpnia 2013

Nowozelandzki Dzień Ojca

Zgodnie z powiedzeniem "co kraj to obyczaj", Dzień Ojca w Nowej Zelandii obchodzony jest pierwszego września. Mimo tego, ze nasze dziecię jest jeszcze w brzuszku postanowiłam sprawić swojemu Dominikowi niespodziankę i kupiłam dla małej takie oto bodziaki :)


Przyszły tatuś dostał paczuszke z samego rana. Oczywiscie nie wiedział co to za święto i przestraszony zaczął wymieniać wszystkie "nasze daty" - haha biedak niezle sie zestresowal ;) po rozpakowaniu prezentu uśmiech był ogromny, do tego krótkie podsumowanie: no wkoncu coś dla tatusia, a więc niespodzianka sie udała. 
Po południu, korzystając z pięknej pogody, wybraliśmy sie ze znajomymi na plaże. Było cudownie i przede wszystkim w większym gronie bardzo wesoło! Od czasu do czasu zawialo troszkę chlodem, ale tak poza tym można było sie super wygrzac na słoneczku. Było trochę spacerku, plazingu, wyglupow i mini piknik :) zatankowalismy (a raczej wypompowalismy) sporo energii i witaminki D.
W drodze powrotnej zajechalismy jeszcze do Włocha na kolacje, gdzie mogliśmy sie przekonać, ze Dzień Ojca nie jest tylko zaznaczony w kalendarzu, ale rownież w różny sposób swietowany :)

Na koniec chciałam jeszcze wszystkich Tatusiow z okazji ich Święta pozdrowic i pogratulować, ze maja okazje doznac tego wspaniałego uczucia bycia Ojcem :) no i tysiące buziakow dla mojego Taty :* dziękuje za wszystko!!!!

piątek, 30 sierpnia 2013

"Baby brain" syndrom...

O tym, ze kobiety w ciazy maja nudnosci - słyszałam, o przeróżnych zachciankach - tez, tak samo o rożnych dolegliwosciach ciazowych typu bóle pleców czy częstsze oddawanie moczu. Co mi sie rownież kiedyś tam obilo o uszy to to, ze kobiety w ciazy mogą mieć problemy z pamięcią czy koncentracja, ale jakoś zawsze wydawało mi sie, ze to bardziej takie gadanie...

Aż tu nagle okolo 19. tygodnia ciazy sie zaczęło... Mam problemy z pamięcią, koncentracja i punktualnoscia. Przeważnie było tak, ze to Dominik miał problemy z byciem gdzieś na czas, więc często sie spoznialismy, a teraz sama nie mogę sie wybrać. Jak coś sobie zaplanuje to i tak jakoś połowy nie zrobię ze względu na czas ;)
Do tego zdaza mi sie dosyć często coś zapomnieć. Najczęściej sa to w sumie drobne rzeczy (nie rozmroze mięsa na obiad, zapomnę coś dodać przy pieczeniu czy czegoś nie kupię), które może tez nie sa aż tak ważne i pewnie gdyby nie ciąża, żadne z nas nie przywiazywaloby do tego większej wagi, ale zdarzają sie i większe wpadki... 

I tak w któryś tam piatek miałam pójść do lekarza, potem na kurs angielskiego i na małe zakupy. Kurs zaczyna sie o 9:30 więc planowalam byc najpóźniej o 9:00 u lekarza co oznaczałoby, ze musze tak najpóźniej o 8:45 wyjechac z domu... Oczywiscie na planach sie skończyło. Zanim wogole jeszcze wyszłam okazało sie, ze nie mam za wiele gotowki, a moja karta do bankomatu nie była jeszcze aktywna. Musiałabym iść najpierw do banku, a te otwierają o 9:30. No nic stwierdziłam, ze coś wymyślę w razie gdyby gotówki było za mało. Wyszłam oczywiscie troszeczkę pózniej niż planowalam. W połowie drogi przypomniało mi sie, ze nie spakowalam portfela... Ale nic patrzę na zegarek i stwierdziłam, ze jadę dalej, najwyzej zagram wariata ;) a kiedy byłam juz prawie pod przychodnia, przypomniało mi sie, ze nie wzięłam zapiecia do roweru!! Tutaj skończyła sie moja cierpliwość, tak sie wkurzylam, ze aż mi sie zachcialo płakać! Ale zeby uniknąć ryku na środku drogi zadzwoniłam do Dominika i sie jemu wyzalilam. 
Nie miałam wyjścia, musiałam wrócić sie do domu... Niestety w drodze powrotnej jest taka super góra, ze w sumie niechcialo mi sie jechać spowrotem. Ale zapakowalam portfel, zapiecie, wlaczylam alarm, juz chce wyjeżdżać i co? Przypomniało mi sie, ze nie mam kluczy do zapiecia!! Znowu szybko do domu, potem na rower i w drogę. W sumie to juz nie miałam czasu, zeby iść do lekarza, ale ze było to  ważne, bo bez tego położna nie mogła mnie zameldowac w szpitalu i juz od paru dni mnie o to pytała, stwierdziłam, ze pójdę i najwyzej spóźnię sie na kurs. Całe szczęście gotówki miałam przy sobie wystarczająco, a po wizycie i tak dostałam pieniążki spowrotem, bo jak sie okazało, kobiety ciężarne za wizyty nie płaca. Sam lekarz - spoko gościu, ale... Jak zwykle jakieś ale ;) na necie jest napisane, ze mówi po niemiecku, więc dlatego tez sie do niego wybrałam. Na miejscu okazało sie jednak, ze jego niemiecki może kiedyś i był dobry, ale teraz to on zna tylko pare slow... Na szczęście dogadalismy sie po angielsku. Nawet mnie pochwalił, ze mój angielski jest dobry i ze on nie rozumie dlaczego ja chciałam mówić po niemiecku :) po takich komplementach wyszłam z gabinetu z nosem wysoko w górze :P i nawet juz zapomniałam o porannych przygodach. Na kurs spóźnilam sie prawie 40 minut, ale cóż, przynajmniej te ważne sprawy udało mi sie załatwić.

A czy wy drogie mamy tez jesteście lub bylyscie takie rozkojarzone??